„Po co to wszystko robimy?”
Siedzę teraz z kubkiem kawy, której nie zdążyłem dopić, bo znowu coś mnie wciągnęło. Ktoś napisał wiadomość z pytaniem o granice w relacjach otwartych. Ktoś inny - że pierwszy raz był na spotkaniu i że dziękuje, bo bez naszej strony nie zebrałby się na odwagę. I ja wiem, że te wiadomości nie są tylko o nas. Są o tym, że komuś było lżej. Że miał punkt zaczepienia. I wtedy przypomina mi się, dlaczego to wszystko zaczęliśmy.
Zaczęło się zwyczajnie – od wejścia na pewną stronę na Facebooku. Bez planu, bez wielkich ambicji. Ot, ktoś wrzucił link, ktoś inny coś skomentował, a my - trochę z ciekawości, trochę z potrzeby - zaczęliśmy się temu przyglądać. Po czasie staliśmy się jej właścicielami. Tak po prostu. Bez wcześniejszego doświadczenia, bez przygotowania, bez świadomości, w co się pakujemy. Na początku nie wiedzieliśmy nawet, jak się za to wszystko zabrać. Próbowaliśmy, kombinowaliśmy, uczyliśmy się po drodze. Pisaliśmy krótkie posty, raczej intuicyjnie niż świadomie. Kilka zdań tu, kilka przemyśleń tam. A potem te krótkie formy zaczęły się rozciągać. Zamiast kilku zdań - pełne artykuły. Zamiast „ej, a może by…” – konkretne decyzje i realne działania.
I to wszystko robiliśmy sami. Bez zespołu, bez agencji, bez ludzi „od sociali”. Tylko my, laptopy i czas, którego ciągle brakowało. Siedzieliśmy po nocach, nie raz do czwartej rano, ucząc się rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia. Coś nie działało - grzebaliśmy. Coś trzeba było poprawić - poprawialiśmy. Nie było opcji, żeby ktoś „za nas”. Wszystko od zera, po omacku, ale z uporem.
Nie wzięło się to znikąd. To godziny słuchania podcastów, godzinami rozmów w klubach, godzinami pisania z ludźmi - tymi, którzy mieli pytania, lęki, wątpliwości. I nie ma w tym przesady: tylko po to, by stać się tym, kim jesteśmy teraz.
Nie, nie po to, żeby być influencerami. I nie jesteśmy nimi teraz. To słowo nawet nie przechodzi mi przez gardło. Nie chcieliśmy i nadal nie chcemy budować wokół siebie jakiegoś świecącego neonu. Zaczęło się z potrzeby. Z braku. Z tej chwili, kiedy szukasz w sieci ludzi, którzy myślą podobnie - i trafiasz na forum, które wygląda jakby było prowadzone przez nauczyciela informatyki z 2003 roku, pełne reklam viagry i poglądów żywcem wyjętych z czasów, gdy mówiło się „kochanka” z nutką wstydu. I wtedy myślisz - kurde, przecież da się to zrobić lepiej.
Nie mieliśmy wtedy planu. Było więcej chaosu niż strategii. Był zmęczony wzrok wpatrzony w CSS i PHP. Było „jeszcze tylko jeden błąd”, który ciągnął się trzy godziny. Było „a może jednak rzucić to wszystko” i za chwilę „nie no, teraz to już nie odpuszczamy”.
W międzyczasie nauczyliśmy się paru rzeczy. Że każda funkcja na stronie to nie tylko kawałek kodu, ale czas, rozmowy, poprawki, wątpliwości. Że jak robisz coś z pasji, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że robisz to dla fejmu albo kasy. Że czasem ciężej jest pogodzić ze sobą własne potrzeby niż zadowolić stu użytkowników.
Zmieniliśmy się. Niektórzy z nas są w innych relacjach niż na początku. Niektórzy odpuścili. Ale trzon został. I nadal chce się spotykać, rozmawiać, jeździć, tworzyć. Bo ten projekt, jakkolwiek to zabrzmi, to nie jest tylko strona. To przestrzeń, która realnie wpływa na czyjeś życie. I nie mówię tego z patosem. Po prostu - ktoś dzięki temu przestał czuć się dziwnie. Ktoś zrozumiał, że nie musi się tłumaczyć ze swoich potrzeb. Ktoś się zakochał. Albo odważył zakończyć coś toksycznego.
Najbliższa sobota to dla nas coś więcej niż kolejna impreza. To moment, kiedy ekran przestaje być filtrem. Kiedy twarze z profili zamieniają się w ludzi, którzy mają głos, gest, czasem nieśmiałość, czasem energię większą niż dźwięk z głośników. I nawet jeśli będzie głośno, nawet jeśli nie z każdym da się porozmawiać dłużej - to i tak chcemy tam być. Bo jesteśmy tak samo częścią tej społeczności, jak każdy z Was.
Lubię te spotkania. Są trochę jak reset. Przypomnienie, że za każdą nazwą użytkownika kryje się historia. Czasem trudna. Czasem piękna. Czasem jedno i drugie w tym samym zdaniu. A my - czy tego chcemy, czy nie - jesteśmy częścią tej układanki. I jak ktoś mówi „dzięki wam odważyłem się być sobą”, to nie wiem, co powiedzieć. Bo przecież ja sam się nadal tego uczę.
Ten tekst nie ma zakończenia. Nie mam jednej myśli przewodniej ani gotowego morału. Może poza tym, że warto czasem się zatrzymać i przypomnieć sobie, skąd się to wszystko wzięło. I po co. Bo w natłoku kodów, wiadomości, błędów i zachwytów łatwo zapomnieć. A szkoda by było.
Widzimy się w sobotę, Origami, Wrocław. My - nie jako marka, nie jako „admini”, tylko jako zwykli ludzie, którzy mają podobne rozkminy, podobne pragnienia i podobną wiarę, że można inaczej. Że można bez wstydu, bez udawania, z szacunkiem i namiętnością jednocześnie.
I tak. Będziemy tam z piątką w dłoni i podkrążonymi oczami. Bo to, co robimy, to nie praca. To trochę misja, trochę szaleństwo, trochę wspólna jazda. Dzięki, że jesteście jej częścią. ?
Zaloguj się, aby zobaczyć komentarze społeczności i dołączyć do dyskusji.
ZALOGUJ SIĘ
