Niedzielne przedpołudnie. Słońce wpada przez uchylone okno, w pokoju pachnie jeszcze wczorajszym winem i perfumami, a my leżymy w łóżku, trochę zaspani, trochę zmęczeni, trochę… rozwaleni tym, co się wydarzyło. Przeciągamy się, patrzymy na siebie i każde z nas ma w głowie tę samą myśl: czy to naprawdę się wydarzyło, czy może był to tylko jakiś wyjątkowo intensywny sen. I chociaż ciało czuje, że było na imprezie, to głowa wciąż próbuje ogarnąć wszystkie obrazy, dźwięki i dotyki z poprzedniego wieczoru.
Klub Origami we Wrocławiu - nazwa dobrze znana stałym bywalcom tej sceny, ale dla nas to było trochę jak spotkanie ze starym znajomym po długiej przerwie. Ponad rok nieobecności. Rok, w którym życie potoczyło się swoim rytmem, imprezy mijały gdzieś obok, a my zajmowaliśmy się innymi sprawami. Ale wróciliśmy - i to była jedna z tych decyzji, które okazują się strzałem w dziesiątkę. Klub się zmienił. Widać, że ktoś włożył serce i energię, żeby tchnąć w to miejsce nowe życie. Wystrój jest świeższy, klimat bardziej spójny, muzyka w punkt, obsługa uśmiechnięta i obecna, ale nie nachalna. Niby te same mury, ale atmosfera jakby gęstsza, bardziej sprzyjająca temu, po co się tam przychodzi.
Największym zaskoczeniem jednak nie były zmiany w wystroju czy organizacji. Byliście nim Wy - ludzie. Kiedy kilka dni wcześniej daliśmy znać, że pojawimy się na tej imprezie, spodziewaliśmy się może kilku rozmów, paru przywitań. Tymczasem od pierwszych minut po wejściu zostaliśmy wręcz otoczeni. Tyle znajomych twarzy, ale i tyle nowych osób, które podchodziły, zagadywały, witały się tak, jakbyśmy znali się od lat. Rozmowy na schodach, przy barze, w palarni, w korytarzu między salami. Niby mówisz o pierdołach, ale czujesz, że to jest autentyczne - że ktoś po prostu cieszy się, że Cię widzi.
Nie było sztucznego „wow, super że jesteście” rzucanego od niechcenia. Były szczere pytania, wspólne zdjęcia w szatni i przed klubem robione telefonami, wspomnienia poprzednich imprez. Dla nas to cholernie ważne, bo daje poczucie, że to, co robimy na co dzień - ta cała energia wkładana w prowadzenie strony, w rozmowy, w budowanie społeczności - ma sens. Że to nie idzie w próżnię, że są ludzie, którzy to widzą i doceniają.
Impreza sama w sobie była mieszanką luzu i napięcia. Luzu, bo nikt nie udawał kogoś, kim nie jest, bo można było zwyczajnie usiąść, pogadać i popatrzeć, jak inni bawią się na parkiecie czy w bardziej kameralnych przestrzeniach. I napięcia - tego dobrego, które unosi się w powietrzu, kiedy spojrzenia się spotykają, dłonie przesuwają po biodrze, a w tle słychać muzykę, która powoli staje się tylko tłem. Origami ma to coś - balans między strefą, gdzie można pogadać, a miejscami, gdzie rozmowy są już zbędne.
Dziękujemy Wam - każdemu, kto wczoraj poświęcił chwilę, żeby podejść, przywitać się, zamienić kilka słów czy uśmiechnąć się w przelocie. Dziękujemy tym, którzy podzielili się dobrym słowem, opowiedzieli swoją historię, albo po prostu stanęli obok i poczuli się swobodnie. Dziękujemy obsłudze klubu - za cierpliwość, za to, że pilnujecie klimatu i że można na Was liczyć, kiedy trzeba. Dziękujemy organizatorom - bo widać, że to nie jest robione na odwal, tylko z pomysłem i dbałością o szczegóły.
Wracając dziś myślami do wczorajszego wieczoru, mam wrażenie, że takie imprezy są potrzebne nie tylko po to, żeby „się pobawić” w sensie oczywistym. One też cementują znajomości, dają przestrzeń na wymianę doświadczeń, pozwalają na chwilę wyrwać się z codzienności. W Origami udało się to wszystko połączyć - od fajnego baru i muzyki, przez przyjazny klimat, po to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.
Być może zabrzmi to trochę banalnie, ale wracaliśmy z poczuciem, że ta scena wciąż żyje, rozwija się i ma potencjał. Że są miejsca, w których można się odnaleźć, nawet po roku przerwy, i poczuć się jak u siebie. Że warto czasem odpuścić wymówki, spakować się i po prostu pojechać. Bo jeśli czegoś żałujemy, to tylko tego, że nie zrobiliśmy tego wcześniej.
Tak że - Origami, Wrocław, dziękujemy. Za energię, za otwartość, za noc, którą będziemy jeszcze długo wspominać. I za to, że po przebudzeniu w niedzielne przedpołudnie można leżeć w łóżku, patrzeć w błękitne niebo i uśmiechać się do wspólnych obrazów, które już są częścią naszej historii.
Zaloguj się, aby zobaczyć komentarze społeczności i dołączyć do dyskusji.
ZALOGUJ SIĘ
