Ten tekst dojrzewał we mnie miesiącami. Nie powstał w godzinę, ani w dzień. Prawda jest taka, że zbierałem materiały, prowadziłem rozmowy, czytałem, słuchałem i analizowałem. Wielokrotnie wracałem do notatek, dopisywałem nowe wątki, usuwałem inne. Do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy w ogóle go opublikować. Dlaczego? Bo wiem, że to temat kontrowersyjny, budzący ogromne emocje, a w polskich realiach - wręcz burze światopoglądowe. W końcu wśród Polaków aż 71% deklaruje się jako katolicy, a wielu z nich nie tylko wierzy, ale i praktykuje. I właśnie w tej grupie są osoby, które… swingują.
Tak, dobrze czytasz. Spotkałem, poznałem i rozmawiałem z ludźmi, którzy w niedzielę uczestniczą w mszy, a w piątek czy sobotę wieczorem bawią się w klubach swingerskich lub spotykają się w prywatnych domach, by dzielić intymność z innymi. I wbrew pozorom, wcale nie są to jednostkowe przypadki. To nie jest margines - to zjawisko, o którym się nie mówi głośno, ale które istnieje.
Pierwsze rozmowy - zaskoczenie i ciekawość
Kiedy pierwszy raz poruszyłem temat w prywatnej rozmowie, reakcje były różne. Jedni milczeli, drudzy się śmiali, a jeszcze inni… zaczynali opowiadać o swoich doświadczeniach. To właśnie od tych rozmów zaczęła się moja ciekawość. Jak można pogodzić coś, co w nauce Kościoła jest jednoznacznie potępiane, z wiarą, modlitwą i praktykami religijnymi? Czy to hipokryzja, czy może wyraz osobistego, indywidualnego podejścia do wiary?
Niektórzy moi rozmówcy mówili wprost: „Wiem, co mówi Kościół, ale moja relacja z Bogiem jest osobista. To nie ksiądz ani katechizm decyduje, co czuję i jak żyję.” Inni wręcz przeciwnie - próbowali znaleźć w teologii i Piśmie Świętym argumenty łagodzące potępienie. Jeszcze inni trzymali się zasady: „W sferze wiary robię swoje, w sferze seksu robię swoje - i jedno z drugim się nie miesza.”
Katolicy swingujący - portret psychologiczny
Z czasem zauważyłem pewien schemat. Wśród osób deklarujących się jako katolicy i jednocześnie uczestniczących w świecie swingowym, wiele to małżeństwa po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu latach wspólnego życia. Mają dorosłe dzieci, ustabilizowane życie zawodowe, dom, czasem wnuki. Wiarę traktują jako element tradycji rodzinnej, ale jednocześnie nie czują, że muszą bezkrytycznie przyjmować każdą zasadę Kościoła.
Co ciekawe, wielu z nich mówiło mi, że swinging… wzmocnił ich relacje. Brzmi jak herezja w oczach tradycyjnego katolika, ale dla nich było to doświadczenie odbudowy bliskości, rozmów, namiętności. „Zaczęliśmy na nowo rozmawiać o naszych pragnieniach, o tym, czego chcemy. Kościół nigdy nam o tym nie mówił - wręcz przeciwnie, temat seksu był tabu” - powiedziała mi jedna z kobiet.
Konflikt sumienia - czy naprawdę istnieje?
Jednym z najciekawszych wątków moich rozmów było pytanie o poczucie winy. Spodziewałem się, że usłyszę historie o spowiedzi, wyrzutach sumienia, o rozdarciu między pożądaniem a wiarą. Owszem, takie się zdarzały, ale wcale nie były regułą. Większość osób mówiła wprost: „Nie czuję się winny, bo nikogo nie krzywdzę. Robię to z miłości do mojego partnera/partnerki, w zgodzie z nim/nią. A Bóg jest miłosierny.”
Byli też tacy, którzy świadomie przestali chodzić do spowiedzi, uznając, że ksiądz i tak ich nie zrozumie. Zamiast tego, pielęgnowali swoją wiarę w domowym zaciszu - modlitwą, czytaniem Biblii, rozmowami z partnerem. Czasami wręcz mówili, że czują się bliżej Boga niż wtedy, gdy żyli według „sztywnych” zasad.
Hipokryzja czy wolność sumienia?
Czy można mówić o hipokryzji, jeśli ktoś deklaruje wiarę katolicką, a jednocześnie prowadzi życie seksualne wbrew nauce Kościoła? Z jednej strony - tak, jeśli patrzymy przez pryzmat oficjalnej doktryny. Z drugiej - jeśli uznamy, że wiara to coś głęboko osobistego, to nikt poza nami samymi (i ewentualnie Bogiem) nie ma prawa nas z niej rozliczać.
Polska religijność ma często charakter tradycyjny - chodzenie do kościoła jest elementem kultury, niekoniecznie dowodem ślepego posłuszeństwa nauczaniu. W tym kontekście łatwiej zrozumieć, że ktoś może być „wierzący po swojemu” i jednocześnie uczestniczyć w świecie swingowym.
Swing a małżeństwo sakramentalne
Kościół jasno mówi: małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety, oparty na wierności, otwarty na życie. Seks poza relacją małżeńską - nawet za zgodą obojga - jest grzechem ciężkim. Tymczasem w swingingu mamy sytuację, w której seks jest nie tylko „poza małżeństwem” w sensie fizycznym, ale dzieje się za obopólną zgodą i bywa regularną praktyką.
Dla wielu katolików swingersów to wcale nie jest sprzeczność - bo ich definicja wierności nie opiera się na wyłączności fizycznej, tylko na uczciwości, miłości i lojalności emocjonalnej. Jak mówił mi jeden z rozmówców: „Przysięgałem miłość, a nie monogamię seksualną. Moja żona wie o wszystkim, chce tego tak samo jak ja. Nie czuję, że łamię przysięgę.”
Swing a wiara : głębiej w konflikt
Przyznam szczerze - pisząc te kolejne akapity, znowu czuję to samo, co podczas całej pracy nad tym tekstem: mieszankę ciekawości, niepokoju i poczucia, że dotykam czegoś, o czym w Polsce się nie mówi głośno. I tak, do samego końca wahałem się, czy ten artykuł ujrzy światło dzienne. Ale skoro już zaczęliśmy mówić o tym, że wśród praktykujących katolików są swingersi, trzeba pójść dalej - w argumenty, emocje i fakty.
Co mówi Biblia i nauka Kościoła
Biblia jest w tej kwestii jednoznaczna - Stary Testament wielokrotnie potępia cudzołóstwo, a Nowy Testament, szczególnie w listach św. Pawła, podkreśla czystość seksualną jako element życia chrześcijanina. Kościół katolicki idzie tym samym torem: Katechizm jasno stwierdza, że akt seksualny ma miejsce wyłącznie między małżonkami, w relacji wiernej i otwartej na życie.
Swinging jest w tym ujęciu jawnym zaprzeczeniem tej zasady - i to nie tylko „poza małżeństwem” w sensie technicznym, ale w duchu całkowicie innym niż wizja seksualności proponowana przez Kościół. A jednak… w rzeczywistości wcale nie brakuje wierzących, którzy z tym poglądem polemizują.
Część z nich odwołuje się do nauki o wolności sumienia: Bóg dał nam rozum i zdolność wyboru, a każdy z nas odpowiada przed Nim indywidualnie. Inni mówią o miłosierdziu - że Bóg patrzy na nasze serce, intencje i miłość, a nie na „suche” reguły. Jeszcze inni twierdzą, że czasy się zmieniły, a Kościół powinien dostosować nauczanie do współczesnej rzeczywistości.
Jak swingersi-katolicy uzasadniają swoje wybory
Wielu moich rozmówców mówiło o tzw. „wierności emocjonalnej”. To podejście, w którym wyłączność seksualna nie jest najważniejsza - liczy się to, że partnerzy są dla siebie wsparciem, przyjaciółmi, że są szczerzy i lojalni w sprawach kluczowych. Seks z innymi traktują jako doświadczenie wspólne, czasem wręcz wzmacniające więź.
Jeden z mężczyzn, praktykujący katolik od urodzenia, powiedział mi wprost:
„Dla mnie grzechem byłoby kłamać żonie, zdradzać ją po kryjomu. A skoro robimy to razem, z miłości, z rozmową i zaufaniem, to nie czuję winy. Moja wiara jest w sercu, a nie w tym, co mówią księża.”
Inna para wspominała, że po wejściu w świat swingowy zaczęli… częściej chodzić do kościoła. Nie po to, by „zmazać grzech”, ale by - jak to określili - „zachować równowagę duchową”.
Psychologia dysonansu poznawczego
Z punktu widzenia psychologii, sytuacja swingersa-katolika to klasyczny przykład dysonansu poznawczego - konfliktu między tym, w co wierzymy, a tym, co robimy. Ludzie nie lubią sprzeczności, więc szukają sposobów, by je zmniejszyć. W tym przypadku przybiera to formę reinterpretacji zasad wiary lub stworzenia własnego, indywidualnego kodeksu moralnego.
Dla niektórych jest to proces świadomy - czytają, dyskutują, analizują. Dla innych - mechanizm obronny, który pozwala cieszyć się życiem bez poczucia, że łamią coś fundamentalnego. Często pomaga w tym przekonanie, że Bóg jest „ponad instytucją Kościoła” i że liczy się relacja człowieka z Nim, a nie formalne przestrzeganie reguł.
Społeczny kontekst - Polska się zmienia
Nie da się ukryć - polskie społeczeństwo w ostatnich dekadach przeszło ogromną przemianę. Choć wciąż większość deklaruje się jako katolicy, praktyki religijne spadają, a młodsze pokolenia coraz częściej traktują wiarę w sposób selektywny. To oznacza, że granica między „wierzę” a „żyję po swojemu” staje się coraz bardziej płynna.
W tej rzeczywistości swinging przestaje być tematem absolutnie tabu, a staje się po prostu jednym z wyborów stylu życia - nawet jeśli jest to wybór kontrowersyjny i wciąż ukrywany przed większością znajomych czy rodziny.
Anonimowe głosy z rozmów
Nie chcę podawać nazwisk ani miejsc, ale przytoczę kilka cytatów, które zapadły mi w pamięć:
Kobieta, 42 lata: „Kiedyś miałam wyrzuty sumienia, że żyję inaczej niż mówi ksiądz. Teraz wiem, że moja relacja z Bogiem jest silniejsza, bo jest szczera - nie udaję nikogo, kim nie jestem.”
Mężczyzna, 50 lat: „Dla mnie Kościół to tradycja, rytuały, wspomnienia z dzieciństwa. Ale Bóg jest w mojej codzienności - w tym, że jestem dobry dla ludzi, że kocham żonę. To, że czasem kochamy się też z kimś innym, nie odbiera nam tej miłości.”
Para, 38 i 40 lat: „Swinging nauczył nas rozmowy o seksie. Kościół nigdy nas tego nie nauczył - wręcz przeciwnie, wstydziliśmy się rozmawiać. Teraz rozumiemy się lepiej.”
Czy to temat „na polski stół”?
Pisząc te słowa, wiem, że wielu czytelników zareaguje gniewem, oburzeniem lub poczuciem, że to „atak na wiarę”. Ale ten artykuł nie powstał po to, by kogokolwiek atakować. Chciałem pokazać, że rzeczywistość jest bardziej złożona niż czarno-biały obraz, który często widzimy w kazaniach czy mediach.
To nie jest tekst o tym, że swinging jest „dobry” czy „zły” - to tekst o tym, że istnieją ludzie, którzy próbują pogodzić go z wiarą. I że niezależnie od tego, co o tym myślimy, oni naprawdę istnieją.
Dlaczego jednak to publikuję
Mogłem ten tekst schować do szuflady. Był moment, że już prawie to zrobiłem. Ale uznałem, że jeśli coś mnie porusza, jeśli skłania do zadawania pytań, to może poruszy też innych. Może zmusi do refleksji, do rozmowy - nie tylko o swingingu, ale o tym, jak naprawdę wygląda wiara w dzisiejszej Polsce.
Ten artykuł w całości - od pierwszych rozmów po ostatnią kropkę - kosztował mnie mnóstwo czasu i energii. Były momenty wątpliwości, strachu, a nawet pokusy, żeby wycofać się w ostatniej chwili. Ale teraz, kiedy czytasz te słowa, wiem, że zrobiłem dobrze. Bo choć temat jest trudny, to prawda - nawet niewygodna - zawsze jest warta opowiedzenia.
Zaloguj się, aby zobaczyć komentarze społeczności i dołączyć do dyskusji.
ZALOGUJ SIĘ
