Tak brzmiała wypowiedzieć, który w ostatnich miesiącach zrobił furorę w social mediach. Autorka, znana influencerka ( gwiazda porno - powiedźmy to głośno ) Pola Chihuahua, opisała w nim swoje doświadczenie z jednej z imprez w klubie swingerskim. Historia pełna emocji - od opisów natarczywego dotyku, aż po oskarżenia o brak szacunku i przestrzegania podstawowych zasad. Nie trzeba dodawać, że ta wypowiedź momentalnie rozszedł się szerokim echem. Jedni oburzeni kiwali głową, inni triumfalnie krzyczeli „a nie mówiłem?”. My natomiast - jako osoby od lat funkcjonujące w tym świecie - poczuliśmy się wezwani do odpowiedzi. Bo jeżeli ktoś opisuje coś, co rzekomo dzieje się w naszym środowisku, a w rzeczywistości łamie wszystkie jego fundamenty, to nie możemy siedzieć cicho.
Zacznijmy od czegoś absolutnie podstawowego: w swingowaniu nie ma miejsca na naruszanie granic. Nigdy. Jeśli ktoś decyduje się wejść w ten świat, robi to z myślą, że jego „tak” i jego „nie” będą respektowane. Bez względu na to, jak bardzo gorąca jest atmosfera w klubie, jak dużo ludzi tańczy czy całuje się obok - dotyk wymaga jasnej zgody. Bez niej to nie przygoda, lecz przemoc. I nie chodzi o górnolotne hasła, tylko o realną zasadę, która odróżnia przestrzeń swingerską od zwykłej imprezy. Dla wielu par to właśnie ta pewność, że ich granice są nienaruszalne, sprawia, że czują się tu swobodnie.
Czy sytuacja opisana przez Polę mogła się wydarzyć? Niestety, nie można tego wykluczyć. W każdej społeczności znajdą się osoby, które nie rozumieją zasad, albo udają, że nie rozumieją. Jeśli jednak faktycznie ktoś w klubie wkładał ręce tam, gdzie nie powinien - to nie był swing, tylko czysta patologia. I takie sytuacje trzeba nazywać po imieniu. Nie wolno ich zamiatać pod dywan, ale też nie można pozwolić, by stały się jedyną narracją o świecie, w którym dla wielu z nas jest miejsce na bliskość, szczerość i wspólne odkrywanie seksualności.
Jest jeszcze inny aspekt całej sprawy. Media społecznościowe żyją skandalem. Im głośniejsze nagłówki, im więcej szoku i oburzenia, tym większe zasięgi. Wystarczy spojrzeć, jakie treści wiralowo roznoszą się po TikToku czy Instagramie - te, które wzbudzają emocje, nie te, które spokojnie tłumaczą rzeczywistość. Dlatego nie jest wykluczone, że relacja Poli została podkoloryzowana, opowiedziana bardziej w kluczu sensacji niż rzetelnej obserwacji. I choć nie mamy prawa wyśmiewać jej doświadczenia, to warto zatrzymać się i pomyśleć: dlaczego obraz swingowania tak łatwo daje się sprowadzić do karykatury?
Być może powód jest prosty - nasza społeczność wciąż działa w cieniu. Rzadko kto otwarcie mówi o tym, że praktykuje swingowanie. W pracy się o tym nie wspomina, w rodzinnych rozmowach raczej nie padają takie tematy. Dyskrecja jest częścią zasad, ale bywa, że przeradza się w ciszę, która pozwala innym opowiadać historię za nas. A ci inni - czy to influencerzy, czy media - zwykle robią to w sposób, który dobrze się klika.
Łatwiej jest dziś przyznać się do gry w filmach porno niż do tego, że chodzisz do klubu swingerskiego. Bo pornografia stała się elementem popkultury, natomiast swingowanie ciągle funkcjonuje jako temat zakazany. Nie jest mainstreamem, jest czymś na granicy, przez co łatwo przykleić mu łatkę „niemoralnego”.
Co ciekawe, to nie pierwszy raz, kiedy ktoś publiczny zabiera głos na temat swingu. Kilka lat temu znane aktorki porno próbowały opowiadać o klubach, ale robiły to językiem swojej branży - pokazując wszystko jako niekończący się festiwal seksu bez żadnych zasad. Efekt? Publiczność dostała kolejny stereotyp: swing = orgia. A przecież ci, którzy naprawdę żyją w tej społeczności, wiedzą, że w większości przypadków to wygląda inaczej.
Swing to rozmowa przed. Swing to uzgadnianie sygnałów. Swing to świadomość, że w każdej chwili można się wycofać. I dla wielu par to także forma umocnienia relacji, bo wymaga szczerości, której często brakuje w tradycyjnych związkach. Jasne, są też imprezy nastawione wyłącznie na seks, i nikt tego nie ukrywa. Ale sprowadzanie całego zjawiska do jednej karykatury to jak mówienie, że cała muzyka to disco polo tylko dlatego, że w remizie akurat grają taki repertuar.
Dlatego warto mówić głośno - nie po to, by się tłumaczyć, ale żeby pokazać inną perspektywę. Bo jeśli my tego nie zrobimy, zrobią to za nas ludzie, którzy patrzą na świat swingowania z zewnątrz. A wtedy zostaje tylko obraz wykrzywiony przez strach, sensację i ignorancję.
Nie chodzi o to, żeby nagle każdy swinger prowadził bloga czy nagrywał podcast. Ale można rozmawiać. Można opisywać doświadczenia w taki sposób, który pokazuje prawdziwe zasady - zgodę, granice, szacunek. Można odpowiadać na plotki i prostować bzdury. To właśnie buduje świadomość i sprawia, że mniej osób da się nabrać na clickbaitowe historie.
Kiedy słuchałem podcastu z udziałem Poli, mam w sobie mieszane uczucia. Jeśli rzeczywiście doświadczyła przemocy - współczuję i uważam, że klub, w którym to się wydarzyło, powinien zostać publicznie napiętnowany. Ale jeśli to była opowieść zbudowana pod zasięgi, to uderzyła rykoszetem we wszystkich, którzy próbują w Polsce budować zdrową, bezpieczną społeczność swingerską. I to boli najbardziej - bo zamiast rozmowy o tym, jak tworzyć miejsca naprawdę przyjazne, dostaliśmy kolejną falę oskarżeń i kpin.
Nie mam jednej prostej puenty. Waham się między złością na to, jak łatwo jest zniszczyć reputację całego środowiska jedną wypowiedzią, a smutkiem, że wciąż musimy udowadniać, że nie jesteśmy potworami. Może to właśnie najtrudniejsze w swingowaniu w Polsce - że oprócz pracy nad relacją z partnerem, trzeba jeszcze toczyć ciągłą walkę z cudzymi wyobrażeniami.
I wiesz co? Pewnie będziemy musieli to robić dalej. Ale im więcej z nas będzie mówić głośno, pisać, dyskutować - tym trudniej będzie sprowadzić cały nasz świat do taniego skandalu.
Byłam w klubie swingerskim – obcy faceci wkładali mi ręce w majtki.
❤️ 22 polubień
Zaloguj się, aby polubić.
Zaloguj się, aby zobaczyć komentarze społeczności i dołączyć do dyskusji.
ZALOGUJ SIĘ
