Gdy w maju 2025 roku na WP Kobieta ukazał się artykuł Aleksandry Lewandowskiej zatytułowany „Uprawiają 'śmieciowy seks'. Konsekwencje mogą być opłakane”, miałem chwilę zawahania: czy w ogóle to czytać, czy znów przewinąć do komentarzy, gdzie – jak wiadomo – ferment bywa bardziej uczciwy niż sama treść. Ostatecznie przeczytałem. Dwa razy. Raz – żeby sprawdzić, czy to faktycznie tekst o swingu. Drugi – żeby upewnić się, że to nie reportaż o uzależnieniu od aplikacji randkowych. Bo wiecie, można się pomylić. Zwłaszcza jeśli ktoś wrzuca wszystko do jednego worka i zakleja go etykietą „patologia”.

Ale po kolei.

Lewandowska pisze o ludziach, którzy – jak to ujęto – „uprawiają seks z przypadkowymi osobami”, a potem mają z tego powodu problemy emocjonalne, psychiczne, zdrowotne. Padają nazwiska psychologów, są cytaty, kilka ogólnych historii osób rzekomo „wciągniętych” w coś, co potem „ich przerosło”. I wiecie co? W dużej mierze wierzę tym historiom. Tyle że… to nie jest tekst o swingu.

To tekst o braku granic. O samotności. O kompulsywnym szukaniu bliskości przez ciało, kiedy dusza nie daje już rady się odezwać. To tekst o dramatach emocjonalnych – tylko ubranych w dekoracje seksualności. A swing, wbrew pozorom, rzadko ma z tym coś wspólnego.

Przypominam sobie jedną parę z naszego portalu. Są po czterdziestce. Mają dzieci, dobrą pracę, kredyt na dom i wspólną pasję do jazdy na motorach. Swing wkroczył do ich życia nie jako ucieczka od codzienności, ale jako rozszerzenie intymności. Eksploracja. Zgoda. Ustalone zasady. Bez alkoholu, bez aplikacji, bez „polowania”. I – najważniejsze – z rozmową po. Z tym, czego nie da się opisać, a co siedzi w spojrzeniu po wszystkim. Nazwać to „śmieciowym seksem”? Brzmi jak obraza rzucona z bezpiecznego dystansu.

Jasne, nie każda para w świecie swingowym ma wszystko poukładane. Są błędy, są zranienia, czasem ktoś próbuje wskoczyć do tej przestrzeni bez przygotowania – jakby to była impreza, a nie relacja. Ale nawet wtedy to nie „śmieci”. To ludzie. Z emocjami, z lękami, z własną dynamiką. Przypinanie im łatki tylko dlatego, że wybierają inny model intymności – jest zwyczajnie nieuczciwe.

I tak, mam świadomość, że media lubią ostrzejsze hasła. Że słowo „swinger” nie brzmi dla wielu jak coś zdrowego. Ale może warto wyjść z redakcyjnej bańki i zobaczyć, jak to wygląda w rzeczywistości. Przyjechać na któryś z ogólnopolskich zlotów, pogadać z ludźmi, którzy są razem od 15 lat, a swing nie zrujnował im małżeństwa – tylko je pogłębił. Albo usiąść z kimś, kto właśnie zakończył relację, bo nie potrafił się odnaleźć w monogamii – i zamiast potępiać, po prostu wysłuchać.

Zastanawiam się też, jak wyglądałby ten sam artykuł, gdyby dotyczył randek wśród singli, którzy szukają seksu na Tinderze. Czy też byłby zatytułowany „śmieciowy seks”? Czy to słowo byłoby równie łatwo wrzucone w nagłówek? Bo mam wrażenie, że w przypadku swingu łatwiej przychodzi moralizowanie. Bo to nie „luźna przygoda”, ale coś zorganizowanego. A więc – w oczach wielu – wymagającego większej kary.

Tymczasem my, swingersi, nie potrzebujemy ani poklasku, ani współczucia. Potrzebujemy jednego: żeby nie zniekształcano naszego świata, nie wkładano go do pudełka z napisem „zagrożenie”, „uzależnienie”, „choroba duszy”. Niektórzy naprawdę budują w tym środowisku szczęśliwe, stabilne relacje. Znam ich. Rozmawiam z nimi codziennie. I wiem, że nie są bohaterami sensacyjnych nagłówków.

Jeśli więc ktoś chce pisać o ciemnych stronach seksualności – niech pisze. Ale niech oddziela zjawiska. Niech nie myli przemocowych relacji z konsensualną wolnością. Niech nie wkłada do jednego wora ludzi skrzywdzonych przez brak miłości i tych, którzy znaleźli dla niej nowy język.

A jeśli redakcja WP Kobieta jeszcze kiedyś zechce napisać coś o swingu – zapraszamy. Mamy herbatę, kanapę, i mnóstwo historii, które nie zmieszczą się w żadnym nagłówku.